Drogi i wymagający Eusebio Poncela

Artykuły wyłącznie publicystyczne, odzwierciedlające unikalny styl autora. Muszą one opierać się na zweryfikowanych danych i być życzliwe dla osób, nawet jeśli ich działania są krytykowane. Wszystkie artykuły publicystyczne autorstwa osób spoza redakcji „EL PAÍS” będą zawierać po ostatnim wierszu podpis autora – niezależnie od jego rozpoznawalności – wskazujący jego stanowisko, tytuł, przynależność polityczną (jeśli dotyczy), główne zajęcie lub inne informacje związane z poruszanym tematem.

Niedawno, podczas jednej z naszych ostatnich kolacji, poczułem potrzebę wyznania ci, jak zakochałem się w tobie w tym cudownym filmie zatytułowanym „Rapture”, widząc, jak wchodzisz do małej windy i ćwiczysz w niej, z powstrzymywaną furią zamkniętego kota, jakie frazy powiesz swojej ukochanej, żeby wyrzuciła ją z domu.
Spojrzałaś na mnie nieswojo – nigdy nie lubiłaś pochlebstw ani nostalgii – choć odważyłaś się poprawić mnie w kwestii, o której wspomniałam; nie pamiętałam dokładnie tekstu tej sekwencji w windzie. I powtórzyłaś z dziwnym błyskiem w oku: „Wychodzisz już, nie obchodzi mnie to… Wychodzisz już, nie obchodzi mnie to!”.
Ta sekwencja i te wersy zapoczątkowały mój romans z tobą, w latach 80., kiedy miałem zaledwie dwadzieścia kilka lat. I jak każda dobra historia miłosna, miała momenty bliskości i dystansu.
Chyba nigdy ci nie mówiłem, że w tych pełnych życia latach Movidy, kiedy jeszcze cię nie znałem, obserwowałem cię czasem z wystudiowaną symulacją, gdy spotykaliśmy się wczesnym rankiem w Vips na madryckim Plaza de los Cubos. Zwłaszcza gdy brałeś do ręki czasopismo lub książkę i zaczynałeś ją w milczeniu pochłaniać. Obserwowanie cię było jak szpiegowanie tajemniczego wampira, który żywi się czymś więcej niż tylko krwią, albo księcia, który uciekł z pałacu i pragnie zatracić się w innym życiu.

Książę i wampir. Elegancki i brutalny. Kochający i wrogi. Nigdy nie spotkałem nikogo z twoim talentem do przechodzenia z jednej skrajności w drugą w jednej chwili, bez wysiłku. Ta ciągła dwoistość była początkowo niepokojąca. Bardzo niepokojąca. Ale z czasem stała się uzależniająca; w głębi duszy wszyscy pragniemy uchwycić to, co niepewne, niepokojące, jednocześnie pieszczotliwe i trudne.
Podejrzewam, że to był twój szczególny sposób poszukiwania prawdy i poezji. W życiu i w sztuce.
„Kochanie, nie marnuj więcej czasu.”
Ta rada, którą dałeś mi kilka miesięcy temu, kiedy ostatnio spotkaliśmy się na lunchu z przyjaciółmi, była rzucona z najlepszymi intencjami, ale poczułem się, jakbym dostał w kość. Opowiedziałem ci o pewnych problemach zawodowych, być może trochę grając ofiarę, a ty nie wahałeś się ani chwili: sprawa leżała po mojej stronie, a nie poza nią.
Zrezygnowałem z tego, że będę cię słuchał jak nieustępliwego nauczyciela, który bije cię dowcipem, żeby cię obudzić. I uśmiechnąłem się naiwnie, nie podejrzewając, że za tym dniem kryje się coś więcej: żegnałeś się.
Brawo.
I nieświadomie, ja też się żegnałem. Przestałem akceptować twoje zasady gry – byłeś niepokonany w robieniu tego w prywatności – i tego dnia nadszedł czas, by znów zdjąć maskę i pokazać się takim, jakim jestem, bez zbroi.
Ale muszę przyznać, że były rzeczy, o których ci nie powiedziałem tamtego dnia. A przede wszystkim, nie podziękowałem ci za nie.
Twoja zgoda na zagranie Federica, Księcia Szczęścia na wygnaniu w naszym filmie „Intacto” , była jednym z najbardziej poruszających doświadczeń w moim życiu. Byłem przerażony podczas tego zawodowego debiutu, a ty postanowiłeś towarzyszyć mi z odpowiednią dozą cierpliwości i czułości, bez kompromisów. Nauczyłeś mnie, że w tym zawodzie nie ma miejsca na samozadowolenie. Nigdy.
I w tym pierwszym i jedynym filmie, który razem nakręciliśmy, spotkaliśmy się ponownie w windzie, w magicznej sekwencji, której sfilmowanie na zawsze zapisze się w mojej duszy. Ale tym razem nie byłeś sam; towarzyszył ci wielki Max von Sydow. Odebrał ci szczęście i zesłał na mściwe wygnanie, które rzuca światło i dodaje mocy całej historii.
Dziękuję, że pozwoliłeś mi być tak blisko Twojego przenikliwego talentu. Twoja obecność i Twoja tajemniczość nadały tej historii nutę tragedii i przypadku. Czuję, że wszyscy, którzy brali udział w tym filmie, aktorzy i ekipa, byliśmy pod Twoim urokiem – takim, który zdaje się pochodzić z innej epoki – i że w pewnym sensie wciąż jestem nim oczarowany.
Drogi nauczycielu i wymagający przyjacielu, żegnaj Eusebio.
EL PAÍS