Węże, pełen przygód kapitan Gilson i sekrety Enid Blyton

Życie jest takie: chwalisz się komuś, że w domu uderzył cię piorun , a on opowiada, że ukąsiła go żmija, co jest już raczej przygodą. Manolo Díaz, specjalista od ogrodnictwa, który ostatnio wspiął się na 35 metrów mojej jodły daglezji z odwagą godną Jacka Aubreya, by zawiązać opaski zaciskowe na szczelinie powstałej po przerażającym uderzeniu pioruna w środku lata, opowiedział mi, jakby to nic nie znaczyło, kiedy doznał ataku węża. Było to w pobliżu Gorg Negre w Viladrau i ukąsił go w palec, gdy położył rękę na kamieniu podczas schodzenia. „Poczułem ukłucie, jakby ugodził mnie jeżyna, i od razu zobaczyłem żmiję: nie było co do tego wątpliwości: niska, z trójkątną głową, uniesionym nosem i pionowymi oczami”. Manolo wyznał mi: „Zrobiłem wszystko, czego nie powinno się robić w takich przypadkach. Najpierw José, który był ze mną, złapał mnie za palec, ugryzł go i wyssał, żeby wydobyć jad; bolało bardziej niż samo ukąszenie. Potem założył opaskę uciskową drutem, co powoduje martwicę kończyny górnej. A potem, zdenerwowany, pobiegłem do Viladrau, a moje serce biło z prędkością mili na minutę, co przyspieszało rozprzestrzenianie się jadu”.
Wylądował w szpitalu Vic na obserwacji, ale nie podali mu antidotum, mimo że myślał, że umrze i zrozumiałe było, że narzekał. Słyszał, jak interniści żartują o escurço negre , czarnej żmii, serii Rowana Atkinsona jako Edmunda Blackadlera. Obrzęk nie rozprzestrzenił się poza nadgarstek, a oni powiedzieli mu, że żmija prawdopodobnie ugryzła wcześniej jakieś inne, mniej szczęśliwe stworzenie i nie ma już dużo jadu do wstrzyknięcia. Wydaje się korzystne, jak w przypadku Manolo, zostać ugryzionym późno w ciągu dnia. Kiedy powiedziałem mu, że wydarzenie to zaliczyło go do elitarnego klubu osób, które przeżyły ukąszenie węża, dzięki książce Jeremy'ego Seala, a do którego w Viladrau należą Antonio Viñas Jr. i Marc Robusté , był pełen entuzjazmu.
Jak mówią wszyscy, lato zapowiada się pełne węży, być może jako preludium do kongresu herpetologicznego, który odbędzie się w Barcelonie od 1 do 4 października. Gallegosom jeden utknął w drzwiach garażu, a Javi Icart strzelił z wiatrówki do innego, który rozgościł się w ogrodowej szopie: trafił go – jeden z tych szczęśliwych strzałów, które zapewniają lalkę Pepony na targach – ale gad wycofał się, parskając, a Javi – absurdalnie obawiając się, że nieszkodliwy wąż udusi go podczas snu – musiał wezwać posiłki, żeby go wydostać. Biedne węże, niezrozumiane i oczerniane istoty.

Santi París, którego letnie ubrania, w tym białe bermudy, są w stylu Paula Krugera lub Eugène'a Terre'Blanche'a , nigdy nie widział węży; jednak lata temu piorun uderzył w drzewo w jego ogrodzie, które nadal nosi ślady, ale dobrze się rozwija. Pokazał mi je, zarówno jako dowód na istnienie życia po uderzeniu nieba, jak i umniejszając wyjątkowość mojej twórczości. W każdym razie, moją najbardziej szaloną zazdrość wzbudziło to, że pokazał mi również swoją kolekcję młodzieżowych powieści Kapitana Gilsona w wydaniach Seix y Barral z lat 30. i 40. XX wieku ( „Szklana pagoda”, „Oko Guatamy”, „Szkarłatna lilia wodna”). Charles James Louis Gilson (1878-1943), brytyjski oficer, który publikował swoje książki jako kapitan Gilson, major Gilson, a co bardziej niezrozumiałe, jako Barbara Gilson ( Królowa Andów , 1935), jest wiodącą postacią powieści przygodowych. W jego dorobku znajdują się opowieści o Pigmejach w Kongo, o okresie inwazji na niemiecki Kamerun i o powstaniu bokserów (służył w Chinach, nie potrafię powiedzieć, czy dłużej niż 55 dni). Jego tytuły są z rodzaju tych, które pozwalają wyobraźni podróżować do odległych, zaginionych światów, jak The Witch King’s Kingdom: A Romance in Central Africa, The Treasure of the Red Tribe, Rajah Dick , lub mój ulubiony, The Lost City: The Authentic Account by Professor Miles Unthank of the Search for the Sarcophagus of Serophis and the Theft of the Mystic Scarab, Housed in the British Museum (1920), o historyku, który za pomocą egipskiego skarabeusza uzyskuje dostęp do zaginionego miasta i grobowca księcia Teb z pomocą dżentelmena lubiącego przygody; opowieść o starożytności, tajemnicach i pokonywaniu tchórzostwa. Kapitan napisał również historię o okrętach podwodnych i szpiegach, której akcja rozgrywa się w czasie I wojny światowej , Submarine U93.
Wyjaśniłam Santiemu, że ja osobiście jestem głęboko związana z Enid Blyton (której całą kolekcję „Malory Towers” znalazłam przypadkiem na popularnym w wiosce portalu BookCrossing ), a on spojrzał na mnie jednocześnie zaskoczony i z pogardą, co nie jest łatwe. To prawda, wakacje w Viladrau zawsze nieuchronnie przywodzą mi na myśl wspomnienie angielskiej pisarki, która pozostawiła niezatarty ślad w naszym dzieciństwie i młodzieńczych przygodach oraz wycieczkach dzięki swojej serii książek i piknikom z pasztecikiem wiejskim, grillowanym śledziem, kanapkami z najbardziej zaskakującymi składnikami, takimi jak dżem rabarbarowy, i nieodzownym piwem imbirowym. Nigdy nie należałam do Piątki ani do Sekretnej Siódemki, moje powieści pochodziły z serii Przygoda (8), którą uwielbiałam, choć muszę przyznać, że mam słabość do wspomnianych już książek z kursów w Torres de Malory, a także do tych o przygodach bliźniaczek O'Sullivan w Santa Clara, które podkradłam moim siostrom i z których dowiedziałam się wiele o kobiecej psychologii, i tak to już jest w moim przypadku.

Kiedy myślę o Enid Blyton, na myśl przychodzi mi George, Dolly, Lucy, Jack z papugą, Kiki („wytrzyj stopy!”) pakująca się w jakieś kłopoty, a także Titi Estabanell, która jechała ze mną na rowerze łowić kraby w Riera Mayor, zanim pojechała do Indii i wróciła z troskami bardziej w stylu Bhagawadgity niż Przygody na rzece, którą śledziłem przez wiele lat.
Tego lata przywiozłam do domu tytuł z serii, której jeszcze nie czytałam, „Przygoda na morzu”, którą znalazłam w pięknie ilustrowanym wydaniu (Molino, 1972), z cudownymi kolorowymi planszami Noiqueta i inspirującymi rysunkami Escolano. Właściwie to bardziej lektura dla Formentery niż dla Viladrau, ale na nowo odkryłam cały świat Enid Blyton i dawny dreszczyk emocji, jaki we mnie budził. Tym bardziej, że historia zawiera wodnosamoloty i ptaki, wiele ptaków, zwłaszcza maskonury (Blyton była wielką znawczynią ptaków i zaraziła tym zainteresowaniem Jacka, chociaż ten, któremu nadano przezwisko Tuft, podobnie jak naszemu znanemu ornitologowi, ma na imię George). George i Dolly w oryginalnych angielskich powieściach nazywają się Philip i Dinah; nie udało mi się dowiedzieć, dlaczego ich imiona zmieniono w hiszpańskim tłumaczeniu.

Fabuła przenosi dzieci na odludne wyspy w Szkocji, pełne gniazdujących ptaków morskich, gdzie obozują i jedzą śniadanie, obiad, popołudniową herbatę i kolację („Czy to nie czas, żebyśmy coś zjedli?”), aż do momentu, gdy natykają się na niebezpiecznych przemytników broni i udaremniają ich plany. Chociaż początkowo dzieciom towarzyszy ich przyjaciel detektyw Bill Smugs/Cunningham, wkrótce zostają same na tej przygodzie (ta fascynacja, która tak bardzo fascynowała nas w dzieciństwie: obserwowanie rówieśników bez nadzoru dorosłych). Byłam ciekawa, czy podczas lektury uda mi się dostrzec jakiekolwiek impulsy seksualne u czwórki młodych (dwóch par rodzeństwa w wieku od 11 do 13 lat, George'a i Dolly Mannering, oraz sierot, które mieszkają z nimi i ich owdowiałej matki, Lucy i Jack Trent), wyłączając papugę; ale niczego takiego nie wykryłam. Jest moment, gdy zdejmują mokre kostiumy kąpielowe i śpią w bieliźnie, i kolejny, gdy Lucy – bardziej wrażliwa z dwóch dziewczynek – wyraża swój dyskomfort związany z koniecznością pozostawania rozciągniętą pod ciałem Jacka, który chroni ją w ten sposób podczas strzelaniny, choć wszystko to jest bardzo niewinne. Przeważa przygoda i zanurzenie w naturze, a także ostatnie słowa Billa skierowane do nich: „Teraz wiecie, co znaczy lojalność i nawet gdy się boicie, nigdy się nie poddajecie. Jestem dumny, że mam w sobie przyjaciół”. Blyton dodaje: „Dzieci nic nie powiedziały, choć czuły w sobie wyjątkowe ciepło i głębokie emocje. Przyjaźń… lojalność… niezłomność w obliczu niebezpieczeństwa… wiedziały o tym i doceniały to w całym ich pięknie i wartości”.

Ta urocza powieść, zawierająca nieoczekiwane nawiązanie do Guillermo Browna i kilka żartów na temat ornitologów, „którzy czasami wydają się nieco przesadzeni”, pojednała mnie z Enid Blyton po lekturze równolegle książki Nadii Cohen „The real Enid Blyton” (Pen & Sword, 2018), biografii ukazującej autorkę jako raczej nieprzyjemną, mściwą i arogancką kobietę, bardzo odmienną od ciepłej i empatycznej postaci, którą usilnie starała się przedstawić publiczności. Z 40-letnią karierą, w trakcie której napisała około 800 książek, dwadzieścia rocznie!, z których sprzedała ponad 600 milionów egzemplarzy, Blyton (Londyn 1897-1968) była fenomenem literackim, który przetrwał wszelką krytykę i skandale. Cohen opisuje swoją mroczną stronę, skomplikowane związki romantyczne, dwa nieudane małżeństwa, niewierności i zdrady, brak zainteresowania dwiema córkami, które smagała szczotką (brakowało jej instynktu macierzyńskiego), szalone chwile, skandaliczne imprezy i pijackie ciągi, a nawet wspomina o grze w tenisa nago. „Silny kodeks moralny i etyczny, tak ważny dla postaci w jej książkach, z pewnością nie był czymś, czego Enid Blyton przestrzegała w życiu prywatnym” – twierdzi Cohen. Oskarżano ją o prostotę, powtarzalność i snobizm, a także o to, że jej książki są proste, monotonne i pełne rasistowskich, seksistowskich, klasistowskich i snobistycznych stereotypów, z uprzedzeniami do obcych lub skromnych postaci. Blyton jednak zawsze całkowicie ignorowała swoich krytyków i wielokrotnie powtarzała, że interesują ją wyłącznie opinie osób poniżej 12. roku życia, czyli jej czytelników.
W jej biografii znajdujemy wskazówki dotyczące jej twórczości i charakteru, począwszy od faktu, że urodziła się za życia królowej Wiktorii. Nigdy nie otrząsnęła się po rozpadzie małżeństwa rodziców, gdy miała 13 lat, i po poczuciu, że ojciec, którego uwielbiała i który zaszczepił w niej miłość do natury i poezji, ją porzucił. Strasznie dogadywała się z matką, która chciała uczynić z niej dobrą gospodynię domową i żonę, i próbowała od niej uciec. Mówi się, że Blyton, która zmarła na demencję starczą, była marzeniem psychoanalityka, a jej twórczość pełna jest symboli erotycznych, takich jak jaskinie, tunele, wieże i latarnie morskie (!). Wśród ciekawostek w szczegółowej biografii Cohena znajduje się to, że Enid grała w lacrosse'a jak jej uczennice (była kapitanem szkolnej drużyny), że dobrze dogadywała się z nauczycielem francuskiego, że uwielbiała cyrk, że była w Hiszpanii i że zawsze nosiła coś czerwonego podczas pisania. Wkrótce usamodzielniła się, pracując jako guwernantka i nauczycielka, jednocześnie przenosząc historie, które opowiadała swoim uczniom, na papier. Około 1922 roku odniosła sukces dzięki swoim pierwszym książkom i całkowicie poświęciła się pisaniu. Popularność, jaką osiągnęła – i pieniądze, miała Rolls-Royce'a – można porównać do dzisiejszej J.K. Rowling; jest jedną z najczęściej tłumaczonych autorek, zaraz za Leninem, Marksem i Juliuszem Verne'em. Sama Elżbieta II była jej wielką fanką.

Jej opowiadania, takie jak „The Famous Five” , „The Secret Seven” (które w skrócie nazywała SS, co budziło pewne obawy w latach bezpośrednio po II wojnie światowej) i „Mystery”, nadal cieszą się dużą popularnością, a niektóre z nich zostały zaadaptowane na potrzeby teatru i kina. Na podstawie „Przygód” powstał film i serial telewizyjny (Prime Video). Helena Bonham Carter zagrała samą Enid w filmie biograficznym z 2009 roku.
Obraz cudzołożnej, kłamliwej i okrutnej Enid Blyton, obawiającej się wycieku informacji o swoim prawdziwym życiu, które mogłyby zaszkodzić jej popularności (i branży wydawniczej), nie wspominając o jej oryginalnym stroju tenisowym, jest uderzający, gdy się go czyta i przypomina sobie dobre uczucia, jakie budziła w czytelniku jako dziecko. W każdym razie, trudno mi zmienić zdanie na temat książek autorki (które ukazują się w nowych edycjach, pozbawionych elementów uznanych za niebudujące). Pozostaję z moimi „Przygodami” i tym niejasnym, melancholijnym uczuciem, bosymi stopami i rozwianymi włosami, które z nich emanują, a które zawsze kojarzą mi się z końcem lata. I trzymam się myśli, że nie trzeba być szczególnie prawym ani wzorowym, aby zrozumieć i docenić przyjaźń, odwagę i lojalność.
EL PAÍS