Sceptyczka, która polowała na duchy i odkryła, że jej przekonania zostały zachwiane: Nie wierzysz w życie po śmierci? Przeczytaj zdumiewającą opowieść Alice Vernon o tym, co ją spotkało, a możesz zmienić zdanie...

Autorstwa YSENDY MAXTONE GRAHAM
Opublikowano: | Zaktualizowano:
Ghosted: Historia polowań na duchy i dlaczego wciąż szukamy, autorstwa Alice Vernon (Bloomsbury Sigma, 20 GBP, 304 strony)
Ze wszystkich dziwnych rzeczy, które dzieją się, gdy zmarli ujawniają się poprzez żywych, biała „ektoplazma” wypływająca z ust mediów z początku XX wieku musi być jedną z najdziwniejszych.
Kiedy w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku Helen Duncan, medium z Perthshire, przeprowadzała seanse spirytystyczne, jej oczarowana publiczność była przekonana, że duchy zmarłych naprawdę przemawiają przez nią.
Duncan, tęga kobieta w średnim wieku w obszernej czarnej sukni, siedziała w zaciemnionym pokoju w transie, „materializując” duchy poprzez długie, białe wydzieliny, które śliniły się z jej ust. Na fotografiach wyglądają teraz jak rozwinięte kawałki papieru toaletowego lub bandaże NHS .
Znany badacz zjawisk paranormalnych, Harry Price, był zaintrygowany. Poprosił ją o przeprowadzenie kilku seansów testowych w warunkach laboratoryjnych, aby mógł zbadać ektoplazmę z bliska. Był przekonany, że ukrywała coś, z czego była zrobiona, pod ubraniem lub w jednym z otworów ciała.
Helen poddała się badaniom, ale gdy lekarz próbował zrobić jej prześwietlenie, zareagowała gwałtownie, uderzając swojego męża Henry'ego w twarz i niemal uderzając lekarza, który w ostatniej chwili uniknął ciosu, wybiegając na ulicę, krzycząc wniebogłosy i rozdzierając swój strój do seansu spirytystycznego.
Mężczyznom udało się namówić ją z powrotem do laboratorium, z nożyczkami w pogotowiu, gdy ektoplazma znów zacznie się pienić z jej ust. Udało im się odciąć mały kawałek, który okazał się być zrobiony z papieru nasączonego białkiem jaja, który trzymała w ustach zwinięty w maleńkie kulki.
Helen Duncan przywołuje „ducha” podczas jednego ze swoich seansów spirytystycznych
W 1944 roku była ostatnią osobą w Wielkiej Brytanii uwięzioną na podstawie Ustawy o czarach, która uznawała za nielegalne oszukańcze przywoływanie duchów.
Jak pisze Alice Vernon w swojej barwnej, łatwej w odbiorze książce o historii polowań na duchy i ich wciąż rosnącej popularności, oczekiwania odgrywają dużą rolę w tym, czy zobaczymy duchy, czy nie.
Jeśli w nie wierzysz, masz większe szanse je zobaczyć. Dowiódł tego „Eksperyment Filipa” z 1972 roku, w którym grupa kanadyjskich badaczy zjawisk paranormalnych stworzyła fikcyjną postać XVII-wiecznego arystokraty o imieniu „Filip”. Stworzyli dla niego całą historię życia, w tym historię jego zdradzonej żony Dorothei, która skazała jego kruczowłosego, cygańskiego kochanka na śmierć za czary, a następnie rzuciła się z blanków swojego dworu.
Co zadziwiające, dzięki pieśniom, modlitwom i dłoniom położonym płasko na stole do seansu, grupie udało się przywołać ducha Filipa z martwych, mimo że nigdy nie istniał. Stół zaczął drżeć i ślizgać się po dywanie, a kiedy zapytali „Filipa” o jego morderczą żonę Dorotę, usłyszeli „zwierzęce drapanie spod stołu”.
Alice Vernon napisała żywą, niezwykle przystępną książkę o historii polowań na duchy i ich wciąż szerokim zainteresowaniu
Vernon wnioskuje, że rola oczekiwań może być potencjalnym kluczem do wielu doświadczeń związanych z duchami.
Sama będąc z natury sceptyczną osobą, przyznaje, że podczas zbierania materiałów do książki dwukrotnie doświadczyła tego rozbrajającego zjawiska.
Najpierw wzięła udział w szkoleniu ASSAP (Stowarzyszenia Naukowego Badań nad Zjawiskami Anomalnymi) w Starym Więzieniu w Northleach w Cotswolds. Uczestnicy zostali poproszeni o spędzenie czasu w samotności w różnych celach i zapisanie swoich odczuć.
W jednej celi Vernon czuła się wyjątkowo przenikliwie zimno; w innej czuła się samotna. Wróciła też na komisariat policji przy tym samym więzieniu, założyła słuchawki podłączone do przypominającego radio „skrzynki duchów” przeznaczonej do odbierania częstotliwości zza grobu i nagle usłyszała wściekłego mężczyznę wrzeszczącego do jej uszu: „Nie! Nie! Nie! Nie! Nie!”. Zdjęła słuchawki, autentycznie przerażona – i, jak przyznaje, nieco mniej sceptyczna.
Zarówno same duchy, jak i zestaw do ich badania, w imponujący sposób nadążają za zmieniającymi się technologiami. Duchy ewoluowały od bezdomnych, wędrujących po białych, dębowych schodach dworów, do głosów „piszących” przez media po stracie życia w I wojnie światowej (przynosząc pocieszenie pogrążonym w żałobie rodzicom).
Słyszeliśmy głosy nagrane na kasetach magnetofonowych, powojenne poltergeisty rzucające kocimi legowiskami po pokojach gościnnych na przedmieściach, a (w dzisiejszych czasach) głosy zmarłych przemawiające za pomocą sztucznej inteligencji.
Możesz pobrać aplikację, która wykrywa wahania pola elektromagnetycznego i emituje pisemne frazy, takie jak: „Tutaj umarłem”, „utonąłem”, „wielu z nas” i „XIX wiek”.
Typowy zestaw do poszukiwania duchów składał się z przedmiotów z epoki wiktoriańskiej, takich jak fiolki z proszkiem, kłębki wełny, miarka krawiecka, lak do pieczętowania, kompasy i kłębki nici, a w połowie XX wieku również z żarówek, dzwonków elektrycznych i telefonu. Jednak dzisiejszy łowca duchów nie rusza się z domu bez Rem Pod (specjalnego urządzenia do wykrywania zmian w polu elektromagnetycznym i temperaturze).
Posiadaliby również pudełko z falami radiowymi do skanowania częstotliwości, którymi duchy rzekomo mogłyby manipulować, a także kilka „wyzwalających” obiektów, które miałyby przywoływać szeroką gamę duchów, na przykład pluszowego misia, który zapala się, gdy duch się w pobliżu znajdzie.
Moda na turystykę związaną z poszukiwaniem duchów rozkwitła wraz z emisją programu telewizyjnego „Most Haunted” na początku XXI wieku i wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością. „Ty też możesz dostać w twarz od „Freda” za 400 funtów za czteroosobową grupę i 14-godzinne przeżycie” – pisze Vernon.
Polowanie na duchy stało się całym przemysłem dzięki programowi telewizyjnemu Most Haunted
Autorka twierdzi, że dzięki badaniom stała się nieco mniej sceptyczna wobec duchów
„Fred” to poltergeist nawiedzający dom komunalny pod adresem 30 East Drive w Pontefract, będący obecnie własnością producenta filmowego Billa Bungaya. Bungay twierdzi, że wszelkie nagrania nakręcone w domu są jego chronioną prawem autorskim własnością.
Mimo że Vernon jest sceptyczna, wzruszają ją prawdziwe historie o tym, jak pogrążeni w żałobie rodzice znaleźli pocieszenie w pewności, że za pośrednictwem medium mogą utrzymywać kontakt ze swoimi synami, którzy zginęli tragicznie młodo podczas I wojny światowej.
Syn Olivera Lodge'a, Raymond, zginął w 1915 roku. Raymond i jego żona zaczęli odbywać seanse spirytystyczne z medium Gladys Leonard, która „przeniosła” Raymonda. „Teraz możemy stawić czoła Bożemu Narodzeniu” – powiedziała matka Raymonda. Raymond opisywał swoje życie po śmierci jako łagodne, socjalistyczne, utopijne niebo, gdzie nawet delektował się codziennym cygarem.
Książka Lodge'a „Raymond, czyli życie i śmierć” doczekała się licznych wydań i zapoczątkowała nowy gatunek książek „pisanych” przez młodych mężczyzn, którzy zginęli w okopach. Choć autorka śmieje się z opowieści o tym, jak iluzjoniści, tacy jak Harry Houdini, bezlitośnie demaskowali oszustów medialnych, pokazując, że on również potrafił płatać figle, podobne do ich, łatwowiernym odbiorcom („trzeba iluzjonisty, żeby rozpoznać iluzjonistę”), Vernon przyznaje, że nie da się jednoznacznie udowodnić, że duchy nie istnieją.
Po spotkaniu dzisiejszych oddanych łowców duchów, którzy w większości są przemili, „moje niedowierzanie okazało się jeszcze bardziej chwiejne, niż było w rzeczywistości”.
Daily Mail